piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział 37

Aaron stał i czekał w napięciu na kobietę swojego życia. Normalnie nie wstawałby tak wcześnie, ale w końcu robił to dla najpiękniejszego bóstwa, jakie stąpało po ziemi.
W końcu zeszła, ze spuszczonym na kwintę nosem i zaczerwienionymi oczami - jakby znowu przepłakała całą noc.
Bardzo chciał ją przytulić i zapytać co się stało, ale pamiętał, żeby nie naciskać - tak poradził mu Hagrid. I Katherine, która odkąd się zakochał była jego powierniczką i przyjaciółką. A czasem i posłańcem, który wyłaził ze skóry. żeby kobieta, za którą oddałby życie raczyła w ogóle z nim porozmawiać.
Ciągle dręczyło go jedno wspomnienie - wspomnienie dotyku Katie, wspomnienie ciepła jej warg na jego wargach, wspomnienie rumieńca i zawstydzonego szeptu: "Tylko cicho".
Może nie powinien był jej zmuszać, żeby go pocałowała, ale zobaczył ją rozmawiającą z czarnym psem i mógł się powstrzymać. Usłyszał z tej rozmowy dosyć, żeby domyślić się prawdy i od tej pory - chciała czy nie - dzielił z nią jej tajemnicę (której zresztą nie starała się ukryć zbyt dobrze).
Może nie powinien był tak stawiać sprawy na ostrzu noża - czyli mówić, że albo go pocałuje, albo Snape dowie się, gdzie jest jej ojciec - ale hormony dostały kociokwiku i nie mógł się opanować. Cholernie się tego wstydził - zwłaszcza kiedy zobaczył jak Ona wymiotuje w krzaki zaraz po pocałunku - ale wydawało mu się to wtedy najlepszym sposobem, by uświadomić jej, że coś do niego czuje (musiał okropnie się pomylić, skoro nie rozmawiała z nim aż do czerwca).
Wyrwał się wspomnieniom minionych miesięcy i przypomniał sobie jedyną rzecz, która została mu w pamięci z wizyty u Hagrida oprócz jego złotych rad.
Ona tam była.
Wszędzie rozpoznałby ten szary sweterek, ręcznie haftowany i z dużymi guzikami.. Nosiła go zawsze kiedy było jej zimno, lecz nie na tyle, by ubierała kurtkę. Wisiał na oparciu krzesła, musiała go zostawić, kiedy była na herbatce.
Obiecał, że go Jej odniesie - ale jakoś nie mógł się na to zdobyć - od trzech dni wtulał się w niego, zanim szedł spać i wdychał cudowny zapach jej perfum. Nie wiedział, czego używała, ale z pewnością było to najcudowniejsze pachnidło na świecie.
Aaron zapytał Hagrida, czy powiedziała mu, czemu ciągle płacze - potwierdził, ale wymówił się dyskrecją.
"Przysiongłem, że nikomu nie powim" - burknął tylko, nim zmienił temat.
Katherine też nabrała wody w usta - albo zbywała go tekstem pod tytułem "Powinna sama ci o tym powiedzieć", albo udawała, że nie wie o co mu chodzi, albo olewała go zupełnie. Jedno z trojga, jak to się czasem mówi.
Nagle jednak był zmuszony przerwać swoje rozmyślania, bo w głowie mu zawirowało, a mózg wystrzelił w kosmos i nie zamierzał szybko wracać. Wszystko przez to. że Bóstwo zeszło ze schodów, zerknęło na niego i powiedziało:
- Cześć.
Jedno słowo. Jedno słowo, które sprawiło, że kompletnie odpłynął i zapomniał, jak się nazywa. Wybełkotał coś niezrozumiałego, a równowagę odzyskał dopiero wtedy, kiedy Bóstwo stało już przed dziurą pod portretem.
- Hej, znowu płakaliśmy? - zapytał. - Szkoda tyle rozpaczy dla tych pięknych oczek. No już, uśmiechnij się. 
- Nic nie rozumiesz. - powiedziała ponuro.
- "Nic nie rozumiesz, nic nie rozumiesz!" - zaskrzeczał piskliwie, jak jakaś staruszka z chorobą gardła. - Za to ty musisz zrozumieć, że ja nie mogę nic zrozumieć, jeżeli ty nie rozumiesz, że ja nic nie mogę nic zrozumieć, jeśli ty nie rozumiesz, że ja nie będę mógł nic zrozumieć, jeżeli ty nie zrozumiesz, że ja nic nie zrozumiem, jeżeli ty nie będziesz chciała, żebym zrozumiał, nie rozumiesz?!
Nie mogła się powstrzymać. Roześmiała się.
- No.I tak ma zostać. - uśmiechnął się. - A dla pewności...
I zaczął ją łaskotać gdzie popadnie.
Najpierw wydała z siebie serię prychnięć. Potem otworzyła lekko usta. A na koniec zaczęła się zwijać ze śmiechu. Zgięła się wpół i musiała się wesprzeć na jego ramieniu, żeby nie upaść. W końcu nie wytrzymała i runęła jak długa u jego stóp, gdzie dalej chichrała się jak głupia.
I właśnie wtedy do pokoju weszła Katherine. Mocno się zdziwiła, ale tylko uniosła brwi.
- Co tu się dzieje? - zapytała trochę dziwnym tonem.
- Nic. - odparła Katie, wciąż dusząc się ze śmiechu. Przekręciła się na plecy i wyciągnęła rękę do Aarona, który pomógł jej wstać. Potem uśmiechnęła się, puściła do niego oko i wyszła przez dziurę pod portretem.
Chłopak chciał natychmiast pobiec za nią, ale Katherine zablokowała mu drogę.
- Wielkie dzięki. - wyszeptała i pocałowała go w policzek. Potem uśmiechnęła się i czym prędzej popędziła za siostrą.

****************

Katherine siedziała w dormitorium i zakuwała eliksiry. Nie przepadała za Snapem, ale lubiła sam przedmiot - za jego ścisłość, subtelność i temu podobne rzeczy. Wzięła sobie za punkt honoru, żeby dostać z niego najwyższe oceny i tym sposobem pokonać nielubionego nauczyciela. 
Właśnie wtedy usłyszała, że ktoś wchodzi do pokoju. Uśmiechnęła się. 
- Matko, znowu zakuwasz? - Katie wywróciła oczami, rzuciła się na swoje łóżko i zaczęła przeglądać nowy numer "Czarownicy".
- Powinnaś brać ze mnie przykład, siostro. - uśmiechnęła się Katherine. - Na jutro mamy wypracowanie z zaklęć, pamiętasz?
- Phi! - prychnęła lekceważąco. - Jeszcze zdążę je napisać, przecież znam wszystkie zaklęcia z siódmej klasy na pamięć...
- I powinnaś też powtórzyć transmutację. - mówiła dalej Katherine, choć kończyła się jej cierpliwość. - McGonagall powiedziała, że jak ktoś nie będzie tego umiał, to będzie znaczyło, że jest kompletnym debilerm...
- No właśnie, a ja debilem nie jestem, więc nie ma się czym przejmować, prawda? - napłynął zza magazynu senny głos i zaszeleściła odwracana strona.
Katherine wywróciła oczami i postanowiła dać sobie spokój. Za to zwróciła uwagę na leżące w nogach łóżka siostry brązowe pudełko. 
- Co to jest? - zapytała.
- Ciastka, Aaron mi dał, miał urodziny i strasznie się napraszał... - mruknęła Katie i w końcu odłożyła magazyn. Usiadła po turecku i otworzyła pudełko. - Super, uwielbiam rodzynki...
Wzięła babeczkę i chciała zatopićć w niej zęby, ale nagle zamknęła oczy i uśmiechnęła się leniwie. 
- Co jest? - zapytała Katherine, obserwująca ją znad podręcznika. - Z imbirem, że tak fajnie pachnie?
- Nie... - odpowiedziała dziwnym, jakby nieobecnym głosem. - To pachnie tatą.
ŁUP. Egzemplarz  "Magicznych wzorów i napoi" wyślizgnął się bladej dziewczynie z ręki. Gapiła się na siostrę tak, jakby miała ją za wariatkę.
- Co takiego?! 
Katie w ogóle nie przejęła się jej tonem.
- Pamiętasz, jak miałyśmy sześć lat i znalazłyśmy w szafie parę starych koszul ojca? - zapytała tym samym nieobecnym głosem. - Mama nigdy ich nie wyprała...chyba nie mogła się na to zdobyć. W każdym razie kiedy się do jednej przytuliłam, poczułam zapach jego wody kolońskiej...i teraz czuję dokładnie to samo. Jest jeszcze świeżo wypiekany chleb, ziemia i maliny...i może jeszcze truskawkowy szampon mamy.
- Słuchaj, Kat. - powiedziała Katherine coraz bardziej zaniepokojonym tonem. - Ja się tam nie znam, ale jeżeli ciastko pachnie jednocześnie tatą, chlebem, ziemią i szamponem, to chyba coś jest nie w porządku....Mówisz, że dostałaś to od Aarona?
- Tak... - powiedziała powoli Katie. - Bo miał urodziny, czy coś takiego, no i...  - w tym momencie również i jej zapaliła się czerwona lampka. - O mój Boże...
Zerwała się na równe nogi. Pudełko pachnących Syriuszem ciastek spadło na podłogę.
- "Najsilniejsze eliksiry"! No tak!
- O czym ty mówisz? - nie zrozumiała Katherine. 
- Parę dni temu jak byłam w bibliotece, to zderzyłam sie z Aaronem...pomógł mi pozbierać książki, ja też zbierałam...ale aż do tej chwili zapomniałam, jaką książkę on chciał wypożyczyć! To były "Najsilniejsze eliksiry"! Myślałam, że tylko tak się wydurnia, ale...
- "Najsilniejsze eliksiry"? - powtórzyła z niedowierzaniem Katherine. - Przecież ja widziałam tę książkę w Dziale Ksiąg Zakazanych...musiał mieć pozwolenie jakiegoś nauczyciela, źeby to dostać. Tam są już naprawdę skomplikowane eliksiry, których w szkole by nas w życiu nie nauczyli, Veritaserum i tak dalej. Ale jest tam też przepis na...na Amortencję.
Katie opadła z powrotem na łóżko. Przez moment siostry patrzyły się na siebie z przerażeniem 
- On jest naprawdę zdeterminowany. - wyszeptała..
Katherine pokiwała z powagą głową.
- Determinuje się od początku trzeciej klasy.
Po chwili milczenia dodała:
- Słuchaj, ty naprawdę będziesz musiała się z nim umówić, choćby na małą piętnastominutową randeczkę. Bo kiedyś wpadnie na szczęśliwy pomysł, żeby kogoś zamordować i dać ci w prezencie jego ciało i wtedy to dopiero będą problemy.
- Tak... - przyznała niechętnie Katie. - Chyba będę musiała...
Poczym wyszła z dormitorium, zostawiając na podłodze ciastka nasączone amortencją. Nawet nie przyszło jej do głowy, że ktoś po nie sięgnie.

wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 36

Zmierzali właśnie na pierwszą lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami. Hagrid czekał na nich ze stertą skrzynek.
- Hej, hej! - zawołał na ich widok. - Jak tam wakacje, Katie?
- Do kitu! - odkrzyknęła, uśmiechając się promiennie. - A co to jest? - kiwnęła głową w stronę skrzyń.
- O rany! - zawołała Katherine, stając na palcach, by zajrzeć do pierwszej z brzegu.
"O rany" było nawet niezłym podsumowaniem zawartości skrzyń. Były to jakieś beznogie, szare stwory, które mogły mieć kilkanaście cali długości. Wyglądały jak małe morskie ślimaki - Harry nigdy nie widział czegoś takiego. 
- Sklątki tylnowybuchowe. - odpowiedział Hagrid, zacierając z dumą ręce. 
- Przepraszam, możesz powtórzyć? - Katie przyłożyła sobie dłoń do ucha.
- Sklątki tylnowybuchowe, moja maleńka! - powtórzył. - Dopiero co się wylęgły, więc każdy będzie mógł hodować swoją...fajnie, nie?
Dziewczyna przez moment miała taką minę, jakby uważała, że wcale nie aż tak fajnie, ale nic nie powiedziała. Zdobyła się tylko na nieco słaby uśmiech i schowała obie ręce do kieszeni.
Nadeszli Ślizgoni a Malfoy wśród nich, z takim samym ulizanym przedziałkiem i takim samym drwiącym uśmieszkiem na wąskich wargach. Chyba postanowił jako tako trzymać fason i nie okazywać, jak wielkiego upokorzenia doznał w pociągu. 
- A po co mielibyśmy je hodować? - zapytał. Jak zwykle miał jakieś uwagi. - Jaki jest z nich pożytek? 
- No ty mógłbyś ją sobie wyhodować na psa-przewodnika, kuzynku. - odpowiedziała Katie. - Przewiązałbyś jej smycz wokół żądła i by ci pokazywała, którędy wiedzie droga do łazienki. Bo chyba masz z tym problem, co?
Gryfoni ryknęli śmiechem. Malfoy zrobił się cały czerwony i już siedział cicho.
Przez resztę lekcji usiłowali karmić sklątki. Nie zawsze im się to udawało. Katie miała przy tym taką minę, jakby musiała grzebać się w szambie, ale oczywiście nie zapomniała cisnąć Harry'emu w twarz smoczą wątrobą.

****************

Katie przeciskała się między regałami. Właściwie ledwie coś widziała zza sterty książek, które dźwigała w ramionach. Miała od cholery dużo prac domowych, a jeszcze biorąc pod uwagę, że chciała się nauczyć paru nowych zaklęć...
W tej sytuacji nie było możliwości, żeby na kogoś nie wpadła.
I tym kogosiem musiał być oczywiście Aaron Laundaun. 
- Laundaun, ty w bibliotece? - przekrzwiła głowę u uniosła brwi, co oznaczało, że jest skonsternowana i rozbawiona jednocześnie. Lekki uśmiech w kącikach ust tylko to potwierdzał. 
- Wiesz, jak to jest ślicznotko. - powiedział z lekkim uśmieszkiem, pomagając jej zbierać książki. - Miałem ochotę na jakiś czyn społeczny, więc postanowiłem sprawdzić tutejsze zasoby biblioteczne. Kiedy ma się takim zasób wiedzy jak ja, to trzeba dbać, by inni nie posiedli jego zniekształconej wersji. 
Roześmiała się. 
- Jasne, jasne. - powiedziała z sarkazmem. - I wcale nie przyszedłeś tu, bo widziałeś, jak ja tu wchodzę.
- No wiesz? - oburzył się. - Jak możesz posądzać mnie o takie rzeczy?
- Czekaj...to chyba twoje. - powiedziała, podnosząc jakąś książkę. Zerknęła zdziwiona na okładkę. - Interesują cię eliksiry?
Tytuł pozycji mówił sam za siebie - "Najsilniejsze eliksiry". Biorąc pod uwagę, że przez ostatnie trzy lata Aaron robił co mógł, żeby nie odbyła się normalnie ani jedna lekcja ze Snapem, wyglądało to dość podejrzanie. 
- No wiesz, lektura uzupełniająca. - odparł luzacko, choć odrobinę się zaczerwienił. Skoro uczy nas tego nietoperz, a ja nie opanowałem jeszcze sztuki echolokacji, to muszę się samokształcić. - zatarł ręce. - Zmieńmy temat. Co słychać u tatusia?
Twarz w ułamku sekundy zesztywniała jej w maskę. Szczęka zacisnęła się, a w oczach pojawił się ten metaliczny błysk.
- Muszę już iść. - wymamrotała pod nosem. Pospiesznie zabrała od niego swoje książki, nie powiedziawszy nawet dziękuję, po czym podbiegła do drzwi, wyszła z biblioteki i zamknęła je, a następnie spróbowała powstrzymać łzy płynące jej po policzkach.