poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 19

Katie wrzasnęła. Katherine cofnęła się pod ścianę, Black zbladł jeszcze bardziej, a Julie warknęła.
- Znalazłem to pod Wierzbą Bijącą. - powiedział Snape, rzucając pelerynę-niewidkę na podłogę. - Bardzo przydatne, Potter, dzięki...
Harry zacisnął zęby.
- Tak myślałem, że was tu wszystkich znajdę. Ty - spojrzał na Lupina. - Oczywiście pomagasz swojemu staremu druhowi, jak to konsekwentnie czyniłeś przez cały rok. Ty - odwrócił się do Julie. - jak zwykle nie wytrzymasz pięciu minut bez swojego kochasia. A te dwie małe idiotki, które miałaś nieszczęście wydać na świat, naturalnie nie mogły się powstrzymać, by nie uściskać swojego ukochanego ojczulka. Jakie to...wzruszające.
Katherine wydała z siebie taki odgłos, jakby powstrzymywała się od śmiechu, gdy usłyszała o "ukochanym ojczulku". Katie dała jej dyskretnego kuksańca.
- Zemsta to bardzo słodka rzecz. - powiedział Snape do Blacka. - Och, od jak dawna śniłem na jawie o tym, by być tym, który cię schwyta...
- Znowu padłeś ofiarą dowcipu, Severusie. - próbował się tłumaczyć Lupin. - Wszystko jest czym innym, niż myślisz.
- W Azkabanie przybędzie dziś dwóch nowych więźniów. - ciągnął Snape, a w jego małych czarnych oczach płonęło szaleństwo. - Chociaż kto wie...może to nie będzie konieczne...może wszystko da się załatwić na miejscu...
Katherine  wystąpiła krok do przodu.
- Ale to jest...
Snape nie dał jej dokończyć.
- Impeddimenta.
Dziewczyna zesztywniała jak kołek i zwaliła się na podłogę. Leżąc na brzuchu chybotała się i dygotała, usiłując rozerwać niewidzialne więzy. Jej rodzice jednocześnie zazgrzytali zębami. 
- Ty głupcze. - powiedział cicho Lupin. - Uważasz, że za chłopięcy wybryk można wsadzić niewinnego człowieka do Azkabanu?
TRZASK. Z różdżki Snape'a wystrzeliły sznurki, które oplotły usta, nadgarstki i kostki u nóg Lupina, zwalając go na podłogę. Black ryknął z wściekłości i mimo silnego uścisku żony ruszył na mistrza eliksirów. Ten jednak wycelował różdżkę prosto między jego oczy.
- Daj mi powód. - powiedział dobitnie. - Daj mi powód, a zrobię to, przysięgam.
Black zamarł. Trudno było powiedzieć, która twarz wyrażała większą nienawiść..
- Dość tego. Idziemy. Wszyscy. - zarządził Snape, odwracając się do drzwi. - Dementorzy bardzo się za tobą stęsknili, Black. Do tego stopnia, że aż cię ucałują na powitanie...
Resztka koloru, jaka pojawiła się na twarzy zbiega, odkąd zobaczył żonę w ludzkiej postaci, odeszła w zapomnienie.
- Nie sądzę.
W drzwiach stanął Aaron Laundaun. Różdżkę miał wyciągniętą i wycelowaną w Snape'a.
- Nikt nie będzie nikogo całować. Chyba, że ty będziesz chciała. - spojrzał na Katie z błyskiem w oku.
- Chyba śnisz. - warknęła.
- Możliwe. Bo jeżeli już, to tylko o tobie, moja piękna...
- Zamknij się.
Snape nie zwrócił uwagi na tę wymianę zdań. Patrzył na Aarona.
- Laundaun, zawsze wiedziałem, że jesteś kretynem. Ale żeby pakować się w sprawę, o której nie ma się zielonego pojęcia na rzecz takiej pustej, głupiej, zakłamanej dziewczyny jak Black...
- Zamknij się, ty stary, zużyty wyciorze z nietoperza!
- Coś ty do mnie powiedział?!
- To, co słyszałeś! A może krew zatkała ci uszy od tego wiszenia do góry nogami?
- Jak śmiesz! Za takie odzywki możesz zostać wyrzucony ze szkoły!
- A za grożenie możesz zostać wyrzucony z jaskini! I gdzie się wtedy podziejesz?
Snape wyciągnął różdżkę. Jednak zanim zdążył cokolwiek zrobić, Harry, Ron, Hermiona i Julie krzyknęli jednocześnie "Expeliarmus!". 
Snape uniósł się o kilka cali nad podłogę i rąbnął całym ciężarem w ścianę.
Katie wyszczerzyła zęby do Aarona. 
- Wow, to było niezłe.
- Dzięki. I pamiętaj: jak ktoś cię jeszcze kiedyś obrazi, zgłoś się do mnie. Tak go zwymyślam, że zapomni, jak się nazywa.
Tymczasem zaklęcie unieruchamiające przestało działać i Katherine wstała.
- Dzięki. A od kiedy wiesz o moim, khm, khm, rodowodzie?
- Od dawna. Katie wie od kiedy, prawda? - spojrzał na dziewczynę, którą kochał, z niewinnym uśmiechem.
Katie zaczerwieniła się, jak burak i ukryła twarz w dłoniach. Tymczasem Black rozwiązał Lupina.
- Dzięki, Harry.
Hermiona patrzyła z przerażeniem na nieprzytomnego Snape'a. 
- Przecież to jest nauczyciel! A my...o matko.
- Spokojnie, żyje. - stwierdził nauczyciel OPCMu, pochylając się nad nim i badając mu puls (Szkoda - mruknęła Katherine). Teraz przy tłustowłosym profesorze ukląkł i Aaron.
- Panie psorze, myśli pan, że jak jest nieprzytomny, to można zmodyfikować mu pamięć?
Lupin zmarszczył czoło. 
- Chyba można. A dlaczego pytasz?
- Wolałbym, żeby nie pamiętał tych moich odzywek. - wyjaśnił. - Rodzice by mnie ukrzyżowali, gdyby się dowiedzieli. 
Wycelował różdżką w Snape'a i mruknął "Obliviate!".
- No a teraz, panie Black. - powiedział dziarsko, siadając na podłodze. - Wysłuchajmy pańskiej pasjonującej opowieści. 

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 18

Katherine zaniosła się histerycznym śmiechem.
- To jest TO? - zapytała. - Taką bajeczkę sprzedawałeś jej przez ostatnie cztery lata? Błagam, Kat. - odwróciła się do siostry. - Myślałam, że jesteś choć trochę mądrzejsza. Ale żeby wierzyć jak ślepy pisklak, kiedy ktoś posądzany o szaleństwo opowiada ci TAKIE rzeczy...
Wtedy Katie odezwała się po raz pierwszy, odkąd znaleźli się w Chacie. Głos miała taki, jak nigdy - cichy, jękliwy i drżący.
- On mi nic nie opowiadał. Powiedział, że nie powie mi, jak było, bo i tak bym nie uwierzyła.
- No i miał rację. Ten jeden jedyny raz miał rację. - odwróciła się do Blacka. - Brawo.
Lis znowu syknął.
Wtedy odezwał się Harry:
- Peter Pettigrew nie żyje! - zawołał. - On go zabił dwanaście lat temu! 
Wskazał na Blacka. Przez jego wychudłą twarz przebiegło coś w rodzaju skurczu.
- Chciałem to zrobić. - mruknął.
- A przedtem próbował zabić swoją żonę! - uzupełniła Herniona.
Biały lis fuknął 
- Tak, tak, tak! - potwierdził Harry. Wspomnienie podsłuchanej rozmowy dzwoniło mu w uszach. - Pewnie zorientowała się, z kim ma do czynienia, co?
Lupin westchnął.
- Wiesz co, Julie - zwrócił się do lisa. - Coś mi się wydaje, że będziesz miała coś do powiedzenia na ten temat. No i dziewczynki...jesteś im winna parę wyjaśnień.
Lis skinął łbem. Zaczął się zmieniać, odkształcać. Aż w końcu zniknął zupełnie.
Przed Harrym stanęła wysoka, szczupła kobieta. Miała brudną, opaloną twarz, przetłuszczone czarne włosy i piwne oczy. Na twarzy miała głębokie bruzdy. Harry uświadomił sobie z opóźnieniem, że wyznaczają one miejsca, po których zazwyczaj płyną łzy. Podarte, przybrudzone ubranie i listki we włosach wskazywało na to, że długo nie miała kontaktu z cywilizacją.
- Julie Black, czy tak?
Nie zwróciła uwagi na to pytanie.
Zbieg, leżący teraz na łóżku, dosłownie pochłaniał ją wzrokiem. Wpatrywał się w każdy szczegół jej zaniedbanej twarzy, jakby nie mógł się na nią napatrzyć. Na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.
I wtedy kobieta przemówiła:
- Syriusz. - głos miała ochrypły, ale dźwięczny, nienaganny hiszpański akcent pobrzmiewał w nim subtelną nutą.
A potem podeszła do Blacka, wzięła go za ręce, postawiła na nogi i pocałowała. Nie czyniła tego w normalny sposób - raczej jak człowiek, który po wielu tygodniach błąkania się po pustyni odnalazł wreszcie źródło wody.
Oderwała się od niego, ale jemu nie było dość. Pocałował ją jeszcze w policzki, w bruzdy pod oczami, w czoło, w miejsce nad uchem...Wszędzie, gdzie się dało.
- Moja Juleczka. - szeptał. - Moja Juleczka.
Katie odchrząknęła.
- Julie, ja naprawdę nie chciałem. Klnę się na swoją niewinność, że nie chciałem. Wybaczysz mi?
Kobiecie łzy stanęły w oczach.
- Kocham cię. - powiedziała. - Wszystko ci wybaczę. Tylko błagam cię, nie daj się złapać!
Spojrzał na nią poważnie.
- Wiesz, że tego obiecać ci nie mogę. I już nic nie będzie normalnie. Nic nie będzie tak jak kiedyś. Nic nie będzie tak, jak chciałaś...
Przerwała mu.
- Przez całe tych dwanaście lat niczego tak nie pragnęłam jak tego, by z tobą być. W jakiej formie czy na jakich zasadach - to już nie ma dla mnie znaczenia.
- Profesorze. - powiedziała Katherine niemal błagalnym tonem. - Widzę, że od tych napaleńców nic nie wyciągniemy. A o ile mnie pamięć nie myli, to mieliśmy dostać jakieś wyjaśnienia.
- Może najpierw ty coś wyjaśnij. - powiedziała ostrym tonem Hermiona. - Jakim prawem ty rozmawiasz z nim - wskazała na Blacka. - Tak poufale? Przecież nie znasz go nawet.
- Nie znasz, ha! - prychnęła, jak to się jej często zdarzało. - Dobrze by było, gdyby tak było. Przynajmniej mogłybyśmy z Katie normalnie żyć.
- Zamknij się! - powiedziała druga bliźniaczka wilgotnym głosem.
- Na litość boską, otwórz oczy, Kat! - zirytowała się. - To szaleniec, a to, że nie był taki jeszcze cztery lata temu, niczego w tym względzie nie zmienia. To, co rozgrywa się tutaj jest najlepszym dowodem, że od tamtego czasu obluzowały mu się wszystkie klepki. No bo weź. Peter Pettigrew szczurem! Błagam, tania komedia i tyle.
- A niby czemu? - spytała Julie. - Tego, że twoja matka jest lisem, jakoś nie uważasz za szaleństwo.
Katherine zacisnęła zęby tak mocno, że w oczach stanęły jej łzy bólu. Nie umniejszyło to jednak wrażenia, jakie wywarło ostatnie zdanie.
Ron wycelował palcem w Katherine.
- Ty...jesteś...wy jesteście...jego...
- Tak.
- I przez cały czas...
- Mhm.
- Pomagałyście mu! To wy byłyście jego agentkami! Pomagałyście mu przez cały czas!
- Nie-e. - pokręciła głową. - Choćby mnie mieli zabić, to bym mu nie pomogła. Sam sobie pomagał.
- Ale chyba w zasadzie odbiegliśmy od tematu. - odezwała się Katie ze swojego kąta. - Proszę nam udzielić tych cholernych wyjaśnień profesorze.
- No właśnie. Chętnie posłucham, co masz na swoje usprawiedliwienie...tatusiu. - Katherine włożyła w ostatnie słowo tyle jadu, że aż zakrawało to na obelgę.
- Dobrze więc... - odparł Lupin. - Wszystko zaczęło się od tego, że..że stałem się wilkołakiem. Byłem wtedy bardzo młody. Ówczesna medycyna nie była w stanie mi pomóc. Jednakże, dzięki łaskawości Dumbledore'a mogłem uczyć się w Hogwarcie. Wybudował dla mnie ten dom i posadził Wierzbę Bijącą, bym podczas pełni nie stwarzał zagrożenia dla nikogo.Gdy moi najlepsi przyjaciele, Syriusz, Peter Pettigrew i twój ojciec, Harry, odkryli prawdę, postanowili zostać animagami, aby mi towarzyszyć. Pomogła im Julie, która uprawiała takie praktyki już wcześniej. Po trzech latach, czyli w piątej klasie, w końcu im się udało. Comiesięczne włóczęgi pozwoliły nam poznać tereny Hogwartu lepiej, niż komukolwiek innemu. Stworzyliśmy więc Mapę Huncwotów. Ja jestem Lunatyk, Syriusz to Łapa, James to Rogacz a Julie - Kita.
- Zagęść tempo, Remusie. - warknął Black, który od pewnego czasu wpatrywał się wygłodniale w Parszywka.
- Robię co w mojej mocy. Więc tak, byliśmy na jednym roku z profesorem Snapem i, oględnie mówiąc, nie przepadaliśmy ze sobą. Aż w końcu Syriusz zażartował sobie z niego okrutnie...powiedział mu, że musi tylko szturchnąć patykiem narośl na pniu Wierzby, a będzie mógł nas śledzić. Wiedziony wrodzoną dociekliwością Snape oczywiście to zrobił...i od tej pory wiedział już, czym jestem. Gdyby James go w ostatniej chwili nie wyciągnął, nie przeżyłby tego.
- Zasłużył sobie na to. - warknął Black. - Węszył, podsłuchiwał, byle tylko dowiedzieć się, dokąd się wymykamy...bo miał nadzieję, że nas wyleją.
- A czy ktoś próbuje robić ci wyrzuty? - zapytała Katherine i spróbowała uśmiechnąć się do ojca. Niestety wyszedł z tego grymas.
- A więc to dlatego Snape tak cię nie lubi. - zwrócił się Harry do Lupina. - Dlatego, że brałeś w tym udział?
- Tak, dlatego.
Severus Snape ściągnął z siebie pelerynę-niewidkę. W ręku trzymał różdżkę wycelowaną w Lupina. 

niedziela, 6 lipca 2014

Rozdział 17

Tak, moi kochani. To TEN rozdział. Wielka Konfrontacja, Moment Przełomowy - chwila, na którą szykowałam się, odkąd założyłam tego bloga. Kurtyna w górę!

- Harry...chyba jesteśmy we Wrzeszczącej Chacie.
- Też mi się tak wydaje.
Katherine rozglądała się wokół wielkimi oczami. Oddychała szybko, serce tłukło się w jej piersi.
- O matko... - powiedziała cicho.
I wtedy zobaczyli kulącego się pod ścianą, bladego jak papier Rona. Krzywił się z bólu, a jego noga sterczała pod dziwnym kątem.
- Ron, nic ci nie jest?
- Gdzie jest ten pies?
- To nie jest pies...Harry, to pułapka...
- Co...
- To nie jest pies...tylko animag...
Bliźniaczki uskoczyły pod ścianę na ułamek sekundy przed tym, jak ciemna postać zatrzasnęła z hukiem drzwi.
Był to wysoki i bardzo chudy mężczyzna. Jego czarne, brudne, zmatowiałe włosy sięgały aż do pasa. Skóra tak mocno opinała się na twarzy, że przypominała nagą czaszkę. Gdyby nie przenikliwe oczy płonące w głębokich oczodołach, można by go uznać za trupa.
Przed nimi stał Syriusz Black.
- Expeliarmus! - zawołał ochrypłym głosem, celując w nich różdżką Rona.
Różdżki powylatywały Harry'emu i Hermionie z rąk. Black złapał je zręcznie w powietrzu. Katherine jakimś cudem (patrz niewerbalna tarcza) udało się zablokować zaklęcie. Black podszedł do niej.
- Oddaj to.
- Nie. - pokazała mu język i schowała różdżkę do tylnej kieszeni spodni.
Westchnął ciężko.
- Bardzo nie chciałbym zabijać tej nocy więcej osób, niż to będzie konieczne. Dlatego dobrze ci radzę, oddaj to po dobroci.
- A ile będzie konieczne? - zainteresowała się. 
- Tylko jedno morderstwo. - odrzekł Black, szczerząc zeby.
- Tylko jedno? - prychnęła. - Patrzcie go, ostatnio zabił 13 i pół osoby, a teraz chce tylko jedną! Z niego to jest faktycznie dobry samarytanin, ja pierdzielę.
Zbiła go z pantałyku.
- Jak to pół?
-  Normalnie. Zabiłeś też praktycznie mamę. Bo nie da się określić życiem tego, co wiodła przez ostatnie dwanaście lat. Ona już nie żyła, raczej wegetowała. Jak szczypiorek.
Jakiś smutek pojawił się na jego twarzy. 
- Katherine, to nie moja wina. Nie chciałem tego. Poza tym to nie było tak. Nie rozumiesz...
Harry nie wiedział, co oznacza ta wymiana zdań, ale nie obchodziło go to. Po prostu rzucił się na Blacka z pięściami, a w głowie kołatała mu się jedna myśl. Powalić, zabić, udusić, pomścić rodziców. Powalić, zabić, udusić, pomścić rodziców.
Być może Black nie przewidział, że Harry może zrobić coś aż tak głupiego, w każdym razie nie zdążył podnieść różdżki. Po kilku minutach gorączkowej szarpaniny obaj wpadli na ścianę...
Harry zaczął tłuc Blacka, jak się dało. W końcu chwycił swoją różdżkę i wycelował ją w pierś zbiega.
- Chcesz mnie zabić, Harry? - wyszeptał poobijany mężczyzna.
- Zdradziłeś moich rodziców. - wydyszał zielonooki chłopak.
- Nie przeczę...ale musisz mnie wysłuchać. Będziesz żałował, jak mnie nie wysłuchasz. Nie rozumiesz...
Harry nie zamierzał dłużej tego słuchać. Od rzucenia zaklęcia dzieliły go sekundy...
I właśnie wtedy ktoś wpadł do pokoju. Ktoś, a raczej "coś' - Harry zobaczył tylko rozmazany biały kształt. Odwrócił się i zobaczył tego lisa, którego widok tak zdziwił Hermionę. Teraz jego sierść była lekko przybrudzona, a oczy płonęły.
Następna scena tak Harry'ego zaskoczyła, że aż opuścił różdżkę.
Lis z pełną premedytacją, podszedł do Blacka i obwąchał jego rękę.
Black zapatrzył się w zwierzę jak w obrazek święty.
- Julie - wyszeptał ochryple.
Lis spojrzał na niego nieufnie. O ile oczywiście lisy mogą tak robić.
- Julie, przepraszam. Wybacz mi, proszę. To nie miało tak być. Ja nie chciałem. Wybacz mi,. Julie...
Lis tylko wydał z siebie jęk i polizał go po ręce. Harry ze zdumieniem zobaczył łzy cieknące z ciemnych oczu.
- Teraz już będzie dobrze. - odezwał się znowu i podrapał pieśca pod brodą. - Zobaczysz, Julka. Będzie dobrze.
Lis pisnął żałośnie.
- Poza tym ja tego nie zrobiłem. - ciągnął. - Prawda, zachowałem się jak zwyrodnialec, ale TEGO nie zrobiłem. Sama zobacz.
Lis powoli odwrócił łeb. Nagle zjeżył się cały, przysiadł gotowy do skoku, a spomiędzy jego zębów wydobył się syk.
I wtedy do pokoju wpadł ktoś jeszcze. Lupin.
- Gdzie on jest, Syriuszu?
Black oderwał rękę i wzrok od lisa, a wskazał na Rona. Parszywek wciąż miotał się  i piszczał.
Lupin wytrzeszczył oczy.
- Ale jakim cudem dotąd się nie ujawnił? Chyba że...chyba że zamieniliście się...nic mi nie mówiąc...
Black kiwnął głową. Lis przysiadł na tylnych łapach i ani na chwilę nie spuszczał z niego wzroku.

Uwaga, teraz kursywą zaznaczę cytaty z książki Rowling.

(...) To wilkołak!
- Refleks szachisty pod respiratorem. - mruknęła Katherine.
- (...)To w ogóle nie jest szczur.
(...)
- Animag. (...) Nazywa się Peter Pettigrew. 

piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 16

Harry, Ron i Hermioną siedzieli w pokoju wspólnym i wertowali książki takie jak "Podręcznik psychologii hipogryfów". Z ich pomocą pisali obronę dla Hardodzioba. I to obronę ostateczną - tę na apelację. Miało to zadecydować o życiu lub śmierci zwierzęcia.
Już tracili nadzieję, kiedy nagle coś pacnęło o ich stolik. Okazało się, że to oprawiony w skórę notatnik. Otworzyli go i przekonali się, że jest cały zapełniony drobnym i eleganckim pismem.
Podkreślone były wyrazy takie, jak "uniewinniony", "w afekcie", czy "okoliczności łagodzące".

Cała  trójka wytrzeszczyła oczy. Rozejrzeli się, by sprawdzić, kto rzucił im to koło ratunkowe.
U szczytu schodów do dormitorium dziewcząt stała wysoka, rumiana dziewczyna o długich czarnych włosach i szarych oczach. A jednym drgnięciem nie dała po sobie poznać, czy ma z tym coś wspólnego.
- Ty...ty nam to podrzuciłaś? - spytał Ron.
- No co ty nie powiesz. - prychnęła.
- A czemu to zrobiłaś?
- Bo kocham Dziobka? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- A skąd ty masz takie informacje? - zainteresowała się Hermiona. - Przekopałam się przez wszystkie książki w bibliotece i nie znalazłam ani jednego przypadku, w którym hipogryf zostałby uniewinniony.
- Mój kuzyn Francisco pracował kiedyś w Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń, a od pół roku hoduje hipogryfy. - odpowiedziała, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. - Opisałam mu przypadek Dziobka, on stwierdził, że to jest oburzające i przesłał mi kilka przykładów podobnych procesów. Mnie pozostało to przetłumaczyć i przepisać.Chciałam zdążyć jeszcze przed właściwą rozprawą, ale wiecie, jak długo dochodzi list z Barcelony. Z takimi kawałkami Hagrid  nie może przegrać.
Ron sprawiał wrażenie, jakby chciał ją  ucałować.


********************************
Jednakże niedługo potem Hagrid przysłał im list takiej treści:

Przegrałem apelację. Egzekucja ma się odbyć o zachodzie słońca. 
Nie przychodźcie. Nie chcę, żebyście na to patrzyli. 

Hagrid

- Nie mogą tego zrobić. Po prostu nie mogą. - oburzała się Katie, gdy przeczytała list ponad ramieniem Harry'ego. - Przecież ta nasza obrona...jak oni mogli to zignorować?
- Przepis na ignorancję oczywistych dowodów niewinności? Ubić chciwość i strach, dosypać odpowiednią ilość złota, zalać gorącą wodą i postawić na parapecie. - stwierdziła cierpko Katherine.
- Ale przecież Dziobek jest niewinny! Nie możemy na to pozwolić!
- Kat, zrozum. - chuda dziewczyna podeszła do siostry i złapała ją za nadgarstki. - Pewnych spraw się nie zmieni, bo ty tak chcesz. - była w tych słowach jakaś ukryta aluzja.
Katie zacisnęła zęby, a jej oczy zalśniły metalicznie.
- Ale chcę chociaż przy nim być...zachować go w pamięci...zanim się stanie.
- No dobrze...chłopaki, Hermiona, myślicie, że zmieścimy się w piątkę pod pelerynką?


***********************************
Harry, Ron, Hermiona i bliźniaczki wracali już do zamku. Katie była jakby nieprzytomna, odkąd usłyszała świst topora. Ron cały czas próbował wepchnąć nowo odzyskanego szczura do kieszeni.
- Parszywku, spokojnie, tu nie ma już żadnego kota...
Nie miał jednak racji. Krzywołap właśnie pełzł ku nim po trawie. Parszywek wyrywał się coraz rozpaczliwiej...
- Uciekaj, ty tłusty pchlarzu! 
- Krzywołap, idź stąd, psiiik! - dodała Hermiona.
- Co jest z tobą, ty głupi szczurze? AAU! Ugryzł mnie!
- Ron, cicho bądź!
- On...za nic...nie chce...siedzieć...w kieszeni. - stękał Ron, usiłując opanować swojego gryzonia. 
I wtedy szczur wyrwał się z uścisku Rona i wylądował na trawie. Popędził przed siebie.
- PARSZYY...! - chłopak natychmiast rzucił się w pogoń. Harry i Hermiona ściągnęli z siebie pelerynę i pobiegli za nim.
- Mam cię! Uciekaj, ty śmierdzący kocurze...
I wtedy z krzaków wyskoczył olbrzymi pies o lśniących bladych ślepiach.
Harry przyspieszył kroku i rzucił okiem na bliźniaczki.
Katherine wpatrywała się w zwierzę z wyrazem ciężkiego szoku na twarzy. Wytrzeszczała oczy i wyglądała tak, jakby nic już nie widziała. Katie drżała na całym ciele, jak gdyby poraził ją prąd. Wyglądała na zdumioną, ale i uradowaną.
I wtedy wydarzyło się coś strasznego.
Pies chwycił Rona za nogę i zaczął ciągnąć w kierunku Wierzby Bijącej, aż w końcu zniknęli między korzeniami. A Krzywołap i Parszywek razem z nimi.

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 15

Ten odcinek dedykuję Misi (znanej mi jako GinnyWeasley1981d ;) ). Dzięki za wszystkie komentarze, no i za te trzy miesiące razem! Jesteście najlepsi!

M.

************************

Od ostatniego włamu Blacka minęły jakieś dwa tygodnie. I choć z pozoru nic się nie zmieniło, to jedna rzecz była doskonale widoczna: napięcie między tajemniczymi bliźniaczkami. Dwie osoby, które z pozoru były niepodzielne, teraz nagle nie mogły znieść swojego towarzystwa. Śniadania zawsze jadały osobno, a na lekcjach siadały tak daleko od siebie, jak to było możliwe. Z krótkich spojrzeń, jakie sobie rzucały, dało się wyczytać niechęć i zawiść (Katie), oraz pogardę przemieszaną z ironią (Katherine). Oczywiście wiadomość o rozmowie chudej dziewczyny ze zbiegłym przestępcą rozeszła się błyskawicznie. Nie było miejsca, przez które siostry mogłyby przejść bez towarzystwa natarczywych szeptów i dwuznacznych łypnięć, ale zdawało się im to zupełnie nie przeszkadzać. Przeciwnie, Harry słyszał, jak na przerwie jedna powiedziała do drugiej kątem ust:
- Ha, jeszcze trochę i przebijemy Pottera! Coraz bardziej mi się tu podoba.

********************************
*chrząka nieśmiało* Teraz zrobię mały przeskok. Wiem, że nie powinnam tak robić, ale zrozumcie - trochę mi się spieszy.
 
- Co masz w kieszeni? - zapytał Snape.
Harry milczał.
- Pokaż mi, co masz w kieszeniach, Potter!
Bardzo powoli Harry wyciągnął torbę ze sprawunkami od Zonka i Mapę Huncwotów. Snape natychmiast porwał pergamin ze stołu.
- Co to jest? - zapytał.
Harry wzruszył ramionami.
- Nic.
- Nic? - Snape uniósł brwi. - Więc może to po prostu...wyrzucimy?
Chłopak zerwał się.
 - Nie!
- Nie? - brwi tłustowłosego mężczyzny uniosły się jeszcze wyżej. Stuknął w mapę różdżką i powiedział: - Odsłoń swój sekret.
Nic.
- Ja,  profesor Snape, nauczyciel z tej szkoły, rozkazuję ci ujawnić informacje, które ukrywasz!
Na pergaminie powoli pojawiły się słowa, jakby napisała je niewidzialna ręka:

Pan Lunatyk przesyła wyrazu szacunku profesorowi Snape'owi i uprasza go, by nie wtykał swego długiego nosa w sprawy innych ludzi.

Harry bardzo chciał się roześmiać, ale sytuacja była zbyt poważna. Nowe zdanie pojawiło się chwilę później.

Pan Rogacz zgadza się z panem Lunatykiem i pragnie dodać, że profesor Snape jest wrednym głupolem.
  
A za chwilę:

Pan Łapa pragnie wyrazić swoje zdumienie, jak taki kretyn mógł zostać profesorem.

Snape był już całkiem rozjuszony. A tu:

Pan Glizdogon życzy profesorowi Snape'owi miłego dnia i radzi mu umyć włosy, bo kleją się od łoju.

I na zakończenie:

Pani Kita w stu procentach zgadza się z panem Łapą i pragnie wyrazić swoje zaskoczenie faktem, że ktoś taki jak profesor Snape jest w stanie zobaczyć różdżkę zza swojego długiego nosa.

****************************
I znowu maleńki przeskok. I niespodzianka - narracja pierwszoosobowa;)

Ciemna noc. Jedenasta. Powinnam spać. Ale nie mogę.
Za dużo się ostatnio wydarzyło, a ja za mało z tego rozumiem. Nie mogę tak tego zostawić. 
Musiałam z nim porozmawiać - z człowiekiem, którego tak bardzo nienawidziłam. Którego tytularna nazwa nawet nie przechodziła mi przez gardło.
Przez którego tyle wycierpiałam. Nie tylko ja, ale również dwie najbliższe mi osoby.
Muszę przyznać, że ucieszyło mnie zobaczenie strachu w jego twarzy - stał tam, uzbrojony w nóż i (prawdopodobnie) różdżkę, a trząsł portkami...przede mną.
Przed trzynastoletnią dziewczyną, która nawet nie wzięła ze sobą różdżki. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę, komu mogę donieść o jego wyskokach.
Kiedy się  odzywałam, zdawałam sobie sprawę, że zranię go jak nikt inny. I nie myliłam się. Zanim po prostu zniknął, tak jak to zrobił lata temu, na jego twarzy dostrzegłam ból, jakiego nie było mi dane oglądać już dawno.
A teraz miałam przed nim stanąć...brr.
Widziałam go przedtem. Tylko ten jeden, jedyny raz. A wówczas miałam mu do przekazania wieści tak straszne i byłam na niego taka wściekła, że nie zdawałam sobie sprawy, kim dla mnie jest. Tak naprawdę to nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Ale dziwna rzecz. To wspomnienie (jakkolwiek nie myślałam o tym za często), a już na pewno obraz strużek łez spływających po jego zapadniętych policzkach, sprawiało, że w oczach stawały mi łzy, a w klatce piersiowej zaczynało coś kłuć. Naprawdę dziwne.
Jednakowoż pamiętałam ten błysk zawodu w jego oczach, gdy powiedziałam mu, że nie jestem tą, której tak oczekiwał. Którą zawsze stawiał na piedestale. Czuł się skrępowany. Dobrze wiedziałam, dlaczego.
Bo byłam mu obca. Podobnie jak on był mi obcy.
Tak, ta rozmowa nie miała być łatwa. Dobrze wiedziałam, że mam dwie możliwości: albo wykrzyczeć mu wszystkie oskarżenia i wyrzuty prosto w twarz, albo spróbować mu wybaczyć i rozkruszyć tę kamienną skorupę, którą pokryło się moje serce.
Widziałam księżyc rzucający blade światło na moje włosy. Czułam trawę łechcącą moje bose stopy. I wtedy usłyszałam, że jakieś krzaki się poruszają.
Westchnęłam ciężko i weszłam w zarośla. Przecież cię nie ugryzie, pomyślałam.
Ale to, co zobaczyłam...
Nie usłyszałam nawet własnego krzyku.